Wybierz region

Wybierz miasto

    Jak to u Krzesimira z muzyką i sławą było

    Autor: Henryka Wach-Malicka

    2005-02-26, Aktualizacja: 2005-02-25 17:46 źródło: Dziennik Zachodni

    Rozmowa z Krzesimirem Dębskim Dziennik Zachodni: Od pół godziny przysłuchuję się próbie Orkiestry Filharmonii Śląskiej, z którą przygotowuje pan koncert kompozytorski i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wraca pan do ...

    Rozmowa z Krzesimirem Dębskim

    Dziennik Zachodni: Od pół godziny przysłuchuję się próbie Orkiestry Filharmonii Śląskiej, z którą przygotowuje pan koncert kompozytorski i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wraca pan do początku drogi. Krzesimirowi Dębskiemu sławę przyniosła muzyka filmowa, a wcześniej jazz, ale przecież z pierwszego wykształcenia jest pan kompozytorem i dyrygentem po studiach w poznańskiej Akademii Muzycznej...

    Krzesimir Dębski: ...po której nikt mnie nigdzie nie chciał!

    DZ: Może się pan nie starał?

    KD: Próbowałem, ale zanim przyszło „co do czego” zapukała do moich drzwi muzyka rozrywkowa. Miała wygląd kolegów i konkretne propozycje. Jako człowiek kształcony w rozumieniu nut, najpierw rozpisywałem im ze słuchu zagraniczne przeboje, potem pomagałem w aranżacji, a w końcu zasiliłem zespół. Grałem na fortepianie i na skrzypcach, ale ponieważ pianistę już mieli, więc zostały mi skrzypce. Można powiedzieć, parafrazując Gombrowicza, że „zgwałcili mnie przez ucho”. Jazzem mnie zgwałcili, ale spodobało mi się na tyle, że parę lat posiedziałem w tym gatunku. Nawiasem mówiąc, przez cały czas komponowałem także muzykę poważną, ale do filmu trafiłem nie dzięki niej, tylko dzięki jazzowi właśnie.

    DZ: Mówi pan to z żalem?

    KD: Raczej stwierdzam fakt. W naszym kraju popularność zdobywa się pisząc piosenki, a nie duże formy dla filharmonii. Ze mną też tak było, a fakt, że umiałem napisać koncert skrzypcowy na ogromny aparat wykonawczy i poprowadzić orkiestrę był tylko dodatkowym atutem. Sześciu lat z jazzem oczywiście nie żałuję, bo zespół String Connection zdobył w swoim czasie miano najlepszej polskiej grupy jazzowej, objechaliśmy z kolegami kawał świata i powygrywaliśmy różne festiwale.

    DZ: A pan zdobywał laury pierwszego skrzypka jazzowego, kompozytora i aranżera kraju. Wiemy już więc jak to z jazzem było. A z filmem?

    KD: Opowieść brzmi jak anegdota, ale jest szczerą prawdą. Rzecz miała miejsce w taksówce. Juliusz Machulski wracał z planu zdjęciowego i w radiu usłyszał moją piosenkę. „Taka by mi się przydała do filmu” – oświadczył. A asystent reżysera Leszek Rybarczyk (niech pani nie pominie jego nazwiska, bo to człowiek wyjątkowo utalentowany w każdej dziedzinie) wiedział, kto jest autorem. Odnalazł mnie, zaproponował współpracę. To był „Kingsajz” i choć wcześniej coś tam już dla filmu komponowałem, to można powiedzieć, że od tego obrazu wszedłem w muzykę filmową na serio. W tej chwili mam za sobą ponad sześćdziesiąt ilustracji do filmów fabularnych.

    DZ: W tym superprzeboje, które żyją poniekąd własnym, pozaekranowym życiem, jak choćby ścieżka muzyczna do „Ogniem i mieczem”, „Starej baśni” czy „W pustyni i w puszczy”. Pan ma zresztą jakąś słabość do tej liczby (60), bo mniej więcej tyle samo skomponował pan dużych kompozycji symfonicznych.

    KD: Z tą różnicą, że te poważne sam u siebie zamawiałem i sam sobie za nie płaciłem. Z kasy zarobionej w filmie... Żartując (ale tylko w połowie) mógłbym powiedzieć, że przez muzykę popularną „zepsułem” sobie reputację jako kompozytor. Prawdą jest jednak i to, że nawet filharmonie często proszą mnie o koncerty muzyki filmowej, bo to gwarantuje pełną salę. Nie lekceważę tych próśb i często motyw ilustracyjny z filmu rozpisuję na dużą symfoniczną suitę. Takie czasy.

    DZ: Zawsze tak było!

    KD: Oczywiście, że tak. W końcu Mozart komponował melodie do zegarowych kurantów, Haydn pisał utwory na zamówienie, a Chopin przygrywał do tańca na wieczorkach towarzyskich i zarabiał na drukowaniu popularnych kompozycji dla panienek z dobrych domów, uczących się gry na fortepianie.

    DZ: Moim zdaniem popularność wcale nie przeszkadza talentowi.

    KD: Czy ja narzekam?! Muzyka rozrywkowa przyniosła mi tzw. nazwisko, spore pieniądze, zamówienia etc. Ja tylko mówię, że skoro jakąś popularność już zdobyłem, to teraz mogę spokojnie wrócić do uprawiania muzyki poważnej, która mnie naprawdę fascynuje. Poza tym – zawsze staję po stronie tych, którym w życiu trudniej. A w Polsce żywot kompozytora współczesnej muzyki symfonicznej łatwy nie jest! Nawet wybitni mistrzowie, sławy światowe, mają rocznie najwyższej kilka wykonań swoich nowych utworów.

    DZ: Gdyby podłożyć pod Sinfoniettę, którą pan przed chwilą dyrygował, obraz, to dla mnie byłaby to jakaś rozległa, daleka przestrzeń. Pan urodził się w Wałbrzychu, ale pańska rodzina wywodzi się z Kresów.

    KD: Zgadza się. Ojciec ze Lwowa, mama z Wołynia. Można powiedzieć, że kresową atmosferą nasiąkałem przez całą młodość, choć spędziłem ją nie na wschodzie, tylko po drugiej stronie Polski. To trwało długo; nawet w czasach akademickich bardziej ulegałem wpływom tradycji rodzinnych niż folklorowi studenckiemu. Okolice Jeleniej Góry wspominam z sentymentem, kojarzą mi się z wakacjami.

    DZ: A gdzie pan osiadł teraz?

    KD: Pod Warszawą. Ale uwielbiam podróżować i to tak często, jak tylko jest to możliwe. Przynajmniej dwa tygodnie w miesiącu przeznaczam na... urlop.

    DZ: No nieźle.

    KD: W tej chwili jest to nawet konieczność, ponieważ od trzech lat mieszkam w połowie w Polsce, a w połowie w Stanach Zjednoczonych, dokładniej w Kaliforni. Tam jest zapotrzebowanie na moją muzykę.

    DZ: Rodzina z panem wojażuje?

    KD: W miarę możliwości. Dzieci już podrosły, więc łatwiej to zorganizować. A życie rodzinne staram się kultywować i chronić ponad wszystko. Znam wielu artystów, którzy osiągnęli gigantyczny sukces, ale pogruchotali swoje sprawy osobiste. Uchowaj Boże przed takim losem. Nie handluję też swoją prywatnością, choć byłaby bardzo „fotogeniczna”. Mam znaną żonę (piosenkarkę Annę Jurksztowicz – przyp. red.), piękny dom, uwielbiam jazdę konną.

    DZ: I ma pan nietypowe imię. Prawdziwe?

    KD: Oczywiście! Starosłowiańskie, znaczące. Krzesi-mir to człowiek krzeszący pokój, przyjaźń między ludźmi. Rzeczywiście nie lubię wzniecać konfliktów, nie krzyczę na orkiestrę... Słowiańskie imiona to rodzinna tradycja, trwająca od 1919 roku. Galicyjscy przodkowie mojego ojca po odzyskaniu przez Polskę niepodległości postanowili nadawać dzieciom tylko rdzennie słowiańskie imiona. Bez żartów, to był taki wewnętrzny dekret, którego wszyscy krewniacy przestrzegali! Moi bracia, ciotki i wujkowie to między innymi: Wisław, Sławosz, Dobromiła, Tolisław, Wiarosława. Jak dochowam się wnuczki, to może będzie miała na imię Wisenna. Strasznie mi się podoba...

    DZ: Widzę, że pan się zaczyna niecierpliwić.

    KD: Za pięć minut zaczynam próbę z chórem Filharmonii Śląskiej.

    DZ: Powodzenia.

    Sonda

    Uczniowie jednej z katowickich szkół zażądali wprowadzenia mundurków.Czy sądzisz że to dobry pomysł?

    • Tak (68%)
    • Nie (29%)
    • Trudno powiedzieć (4%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.