Wybierz region

Wybierz miasto

    Moja przyjaciółka... telewizja

    Autor: Rozmawiała: Agata Pustułka

    2005-02-12, Aktualizacja: 2005-02-11 17:02 źródło: Dziennik Zachodni

    Rozmowa z Krystyną Loską, legendarną spikerką Telewizji Polskiej W Telewizji spędziła pani praktycznie pół życia. A jak tam pani trafiła? Prosto z katowickiego radia, gdzie prowadziłam popularną audycję ...

    Rozmowa z Krystyną Loską, legendarną spikerką Telewizji Polskiej

    W Telewizji spędziła pani praktycznie pół życia. A jak tam pani trafiła?

    Prosto z katowickiego radia, gdzie prowadziłam popularną audycję przeznaczoną dla młodzieży „To idzie młodość”. O pracy w Telewizji Katowice zdecydował przypadek. Spotkałam na ulicy Józka Kopocza, swojego licealnego kolegę z Pszczyny, wtedy już bardzo znanego dziennikarza i spikera, który spytał mnie, czy jestem zainteresowana telewizją. Nie ukrywam, że przystałam na to bardzo ochoczo.
    Na początku byłam lektorką i czytałam filmy. W tamtych czasach filmy czytało się z podziałem na role damskie i męskie. Potem czytałam „Aktualności”. Jako spikerka zadebiutowałam też „dzięki” Józkowi; kiedy zachorował, zostałam poproszona, abym to właśnie ja go zastąpiła.

    I tak już zostało...

    Ten pierwszy dyżur przypadł w dzień Bożego Ciała. Telewizja Katowice miała wówczas najlepsze telekino w Polsce i właśnie z Katowic szły wszystkie najlepsze filmy. Pamiętam jak dziś, że widzowie mogli wtedy obejrzeć pięć odcinków Zorro oraz transmisję z Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie.

    Miała pani tremę?

    Podczas pierwszych trzech występów trema w ogóle mi nie towarzyszyła. Ona przyszła troszkę później, gdy zdałam sobie sprawę, jak wiele osób mnie ogląda, ocenia i rozpoznaje na ulicy. Poczułam się niemal kontrolowana.

    Czy ktoś wtedy dbał o wizerunek spikerów, ich ubiór, uczesanie?

    Nie było takich możliwości jak obecnie. Ale Teresa Perek, która zajmowała się charakteryzacją i czuwała nad naszym wyglądem, dokonywała cudów. Również kamery i oświetlenie były zupełnie inne niż teraz. Wymagały zatem zupełnie innego makijażu. Dziś wystarczy cienka warstwa fluidu, a wtedy na twarz trzeba było nałożyć sporo pudru. To był zresztą cały rytuał. I jeszcze jedno: zaczynałam pracę w malutkiej kanciapce, która miała metr na metr, zaś kamera stała na zewnątrz i kadrowano mnie przez szybę. Dopiero później zbudowano większe studia i kamerzysta mógł wejść z kamerą do środka.

    Po Katowicach przyszedł czas na Warszawę. Jak pani znalazła się w stolicy? Od lat plotkuje się, że pojawiła się pani wraz z ekipą Gierka?

    Nic bardziej bzdurnego nie słyszałam i mówiąc szczerze mam dość ciągłego prostowania tych informacji.

    To jak było naprawdę?

    Powiem więc raz na zawsze, że do Warszawy pojechałam za mężem, który został służbowo przeniesiony do Państwowej Rady Górnictwa w Warszawie. Wtedy otrzymaliśmy zresztą służbowe mieszkanie, w którym mieszkamy do dzisiaj. Zwróciłam się do ówczesnego szefa TVP Włodzimierza Sokorskiego o przyjęcie do pracy i on wyraził zgodę. Jednocześnie przywrócono etaty spikerskie.

    Jak została pani przyjęta przez nowych kolegów w pracy?

    W tych czasach Telewizja Katowice codziennie gościła na antenie ogólnopolskiej. Moje przeniesienie do Warszawy i pojawienie się w telewizji ogólnopolskiej nie było dla widzów ani dla koleżanek żadnym wstrząsem, bowiem znałyśmy się także z różnych festiwali, festynów, które razem prowadziłyśmy.

    Czy między panią a Edytą Wojtczak, która w tym samym czasie rozpoczęła karierę, nie było żadnej rywalizacji?

    Nigdy. Do tej pory naszym przyjaznym kontaktom towarzyszy sympatia i życzliwość. Proszę mi wierzyć, mieliśmy wtedy tak wiele pracy, że mowy nie było o konkurencji w obecnym tego słowa znaczeniu. Zresztą nigdy, a dotyczy to wielu osób, nie paliłam za sobą mostów.

    Na antenie pojawiła się rasowa blondynka, która na dobre zagościła w domach Polaków... Czy ten image to pani pomysł na wizerunek telewizyjny?

    Blondynką stałam się nie od razu i była to konieczność. Stopniowo rozjaśniałam swój naturalny kolor, by uzyskać jaśniejszy odcień, a stało się to za namową kolegów, zajmujących się oświetleniem. Efekt tego jest taki, że dzisiaj nikt nie pamięta już, że kiedyś byłam szatynką.

    A kto panią ubierał w Warszawie?

    Głównie polegałam na swoim wyczuciu i pomyśle. W pewnym momencie „nadzór” nad nami pod tym względem przejęła pani Xymena Zaniewska, a szyć zaczęła dla nas „Wólczanka”. Problem w tym, że dostawałyśmy identyczne w kroju bluzeczki. Tylko kolory były inne. Proszę mi pokazać kobietę, która chce pojawić się w identycznej kreacji jak jej koleżanka.
    Kolejny „ubraniowy” problem dotyczył kadrowania. Kamera pokazywała nas tylko od pasa w górę, a możliwości urozmaicenia stroju były ograniczone: jakaś chusteczka, broszka, korale. Jedynie podczas toastu noworocznego w telewizji albo prowadzenia festiwali widzowie widzieli nas od stóp do głów.

    Widzowie kojarzą panią ze świetną pamięcią...

    Miałam dobre przygotowanie ze szkoły teatralnej w Krakowie. A poza tym, wtedy wystarczyło zapamiętać parę krótkich informacji. To nic w porównaniu z tym, jak wielkich partii materiału muszą uczyć się na pamięć aktorzy.

    W swojej karierze miała pani kilku szefów. Którego wspomina pani najmilej?

    Tego pierwszego z Telewizji Katowice, który podczas pamiętnego debiutu nie poznał mnie na ekranie i spytał: „Który to kanał oglądamy?” Tym niezapomnianym szefem był redaktor Czesław Berenda.

    Łatwo było pani odejść z telewizji i zacząć żyć na zwolnionych obrotach?

    Mogę wiele o sobie powiedzieć, ale nie to, że żyję na zwolnionych obrotach. Szukam wręcz chwili odpoczynku. Poza tym, i co bardzo ważne, odeszłam z telewizji z własnej woli. Pewnego dnia stwierdziłam, że za dużo jest wokół mnie tej techniki... Nie zrezygnowałam jednak z pracy estradowej. Nadal prowadzę koncerty, imprezy i sprawia mi to ogromną przyjemność. Cały czas spotykam się też z życzliwością widzów, nawet tych najmłodszych, którzy mówią: „Chcę mieć pani autograf, bo zapraszała mnie pani na wieczorynkę”.

    Jak zareagowała pani na decyzję córki Grażyny Torbickiej, że pójdzie w pani ślady, będzie pracować w telewizji?

    To była jej własna decyzja. Ja niczego nie doradzałam i nie odradzałam.

    Mówi pani, że nareszcie w roli widza bezstresowo wybiera pani ulubione audycje w telewizji. Jak pani ocenia obecny sposób prezentowania programów?

    Patrzę na telewizję jak na moją najlepszą przyjaciółkę. Nie psuję sobie jej oglądania krytycznymi uwagami. Jak mi się coś nie podoba, to wybieram inny kanał.

    Czy wyróżniłaby pani jakąś osobę w sposób szczególny?

    Takich osób, które lubi kamera nie jest zbyt wiele. A to bardzo ważne w tej pracy, bo jak kamera kogoś polubi, to polubią też telewidzowie.

    Sonda

    Uczniowie jednej z katowickich szkół zażądali wprowadzenia mundurków.Czy sądzisz że to dobry pomysł?

    • Tak (68%)
    • Nie (29%)
    • Trudno powiedzieć (4%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.