Wybierz region

Wybierz miasto

    Prośba o życie

    Autor: Agata Pustułka

    2005-02-11, Aktualizacja: 2005-02-11 08:58 źródło: Dziennik Zachodni

    Kazimierz Kokot prosi o życie, chociaż wie, że jego życie oznacza czyjąś śmierć. Ale nie wystarczy, żeby ktoś tak po prostu umarł, zginął w wypadku. Musi jeszcze zostawić Kazimierzowi swoje serce i płuca, a one muszą ...

    Kazimierz Kokot prosi o życie, chociaż wie, że jego życie oznacza czyjąś śmierć. Ale nie wystarczy, żeby ktoś tak po prostu umarł, zginął w wypadku. Musi jeszcze zostawić Kazimierzowi swoje serce i płuca, a one muszą idealnie pasować do jego grupy krwi, rozmiarów klatki piersiowej, a nawet wzrostu.

    Kazimierz powinien je dostać bardzo szybko. Czeka już trzy lata, a jeszcze chciałby z wnukiem wyjść na spacer. Ma mu tyle do powiedzenia. Teraz jak pies do smyczy przywiązany jest do koncentratora tlenu. Urządzenie pozwala mu oddychać, wydzielając w ściśle odmierzonych dawkach tlen, chociaż każdy wspomagany oddech kosztuje go i tak wiele sił. Mówi niewiele, więcej pisze. Codzienna korespondencja do żony Ireny układa się w stosiki małych karteczek zapisanych schludnym pismem.


    Jeszcze kilka miesięcy temu mógł przejść do łazienki i na stojąco przed lustrem powoli się ogolić. Teraz jak się dowlecze te kilka metrów, siada na wannie.

    – Przewód jest w kilku miejscach trochę nieszczelny, ale na szczęście długi – wyjaśnia. – Pokleiliśmy go trochę i jeszcze jako tako służy. Noski, przez które przepływa tlen, muszę mieć stale przytwierdzone do nosa. Niestety, szybko twardnieją i wżynają się w ciało. Trzeba je często wymieniać. To tak jakby ciągle oddychać przez rurkę do picia, z mozołem wciągać powietrze – opowiada.

    Kazimierz od dawna nie rusza się z domu. – Chyba że karetką pogotowia – mówi. A kiedyś bez trudu pokonywał drogę na trzecie piętro. Koledzy wołali na niego twardziel. Ważył trochę ponad 100 kilogramów. Chłop jak dąb.

    Razem z żoną przyjechali do Bielska-Białej ponad trzydzieści lat temu z Rawicza. Tu dostali pracę, dorobili się mieszkania, urodziło się im czworo dzieci. – Dwie córki i dwóch synów – uśmiecha się Irena. – Znajomi się dziwili, jak dajemy sobie radę, ale dawaliśmy. Wszyscy mieli wtedy po tyle samo. Łatwiej było niż teraz.

    Choroba Kazimierza stała się dla nich najtrudniejszym doświadczeniem. Jego świat nagle ograniczył się do widoku z okna w małym bloku na jednym z osiedli. Z wersalki obserwuje krzątaninę żony. Z wersalki patrzy w telewizor, na wersalce rozmyśla, przygląda się kundlowi Oskarowi, wałęsającemu się z kąta w kąt. Czasami mu nawet pozazdrości...



    Właściwie nie wiadomo, kiedy zaczęła się choroba. Czy tuż po operacji by-passów, czy może wcześniej? Leczył się na nadciśnienie, zaczął się szybko męczyć. Trzeba było wyremontować serce. On – blacharz z zawodu – liczył, że dostanie odnowione serce z gwarancją na długie lata.
    Ale już w drodze ze szpitala do domu zaczął się dusić. W przychodni pulmonologicznej stwierdzono komplikacje po zapaleniu płuc. Leczono go na astmę, rozedmę. Ciągle nowe leki, ciągle brak efektu. – Kardiochirurdzy podczas wizyty kontrolnej jakby z ulgą powiadomili mnie, że to początek włókniejącego zapalenia pęcherzyków płucnych. A zatem przestałem być ich problemem. Z kolejnego szpitala, już z koncentratorem tlenu, zostałem odesłany do domu. Żeby czekać na śmierć.

    Zaprzyjaźniony lekarz podpowiedział Kazimierzowi, że powinien jechać do Zabrza, do Śląskiego Centrum Chorób Serca. Tam lekarz nawet nie spojrzał do dokumentacji, tylko od razu spytał, czy zgadza się na przeszczep. – Byłam w szoku. Spytałam skąd on to wie, skoro nie obejrzał badań, zdjęć – wspomina żona Irena.

    – Kiedy porozmawiałem z profesorem Zembalą, dyrektorem tego szpitala, to jakbym Boga złapał za nogi. Nikt przedtem ze mną tak po ludzku nie rozmawiał – mówi Kazimierz. – Wpisali mnie do rejestru oczekujących na przeszczep i kazali czekać na telefon.



    Telefon zadzwonił do tej pory tylko raz. Rok temu tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Spytali, czy jest gotowy, bo w ciągu trzech godzin będzie dawca i zabieg. Dzieci pozwalniały się z pracy. Wszyscy czekali nieruchomo, wpatrzeni w okolicznościowy stolik pod ścianą, gdzie stoi aparat telefoniczny.

    – Niestety, wszystko na próżno. Okazało się, że podczas reanimacji lekarze ratując życie temu mężczyźnie, zaintubowali go tak nieszczęśliwe, że zachłysnął się śliną. Nie mógł już pomóc Kazimierzowi – wspomina Irena.

    Płuca do przeszczepu muszą być idealne. O ile w wypadku transplantacji serca, wymiary serca dawcy mogą nawet do 30 procent odbiegać wielkością od serca biorcy, to w wypadku płuc ta różnica może wynieść zaledwie 5 procent.

    Zygmunt Sikorski z Sosnowca czekał trzy lata, a dla Edwarda Banacha z Torunia pasujące płuca udało się znaleźć prawie natychmiast po kwalifikacji do przeszczepu. To było cudowne zrządzenie losu. Pierwszym Polakiem, któremu przeszczepiono płuca i serce był Marek Breguła. Znalezienie takiego daru nie jest łatwe: tylko 20 proc. dawców serca może być dawcami płuc.

    Teraz takich jak Kazimierz w kolejce czeka ponad czterdziestu. Kolejka jednak wymiera, bo nie ma dawców.
    – Co jakiś czas sam dzwonię do Zabrza. Przypominam się, ale za każdym razem słyszę: Niech się pan trzyma – mówi.
    Trudno inaczej pocieszyć. Ale trudno też wciąż mieć nadzieję. Prawe płuco Kazimierza przestało działać sześć lat temu, a lewego zostały resztki. Gęsta wydzielina zatyka mu nos, gardło, dusi. Nie może jej odkrztusić.

    – Po każdym ataku jestem rozdygotany, boję się, że kolejnego nie przetrwam – mówi powoli wypowiadając słowa.
    Może spać jedynie na prawym boku. Tylko wtedy tak się nie męczy i ból staje się mniejszy. Ale ból mimo tabletek wciąż narasta. Gdy Irena gotuje obiad, szmatami zatyka drzwi do pokoju. Każdy zapach może wywołać kolejny atak.

    – Prawdopodobnie nie uda mi się dożyć wiosny – pisze na karteczce Kazimierz. – Ale wolałbym odejść jak człowiek, podczas operacji, walcząc do końca. Bo takie życie to na nic.

    Kazimierz czeka. Może ktoś zrozumie i podaruje mu ten obiecany spacer. Po co chować serce do grobu? Po co grzebać płuca, które w Kazimierzu mogłyby jeszcze na nowo odetchnąć?






    W Polsce nie tylko taniej


    Do tej pory polscy pacjenci czekający na transplantację płuc byli kierowani do ośrodków w Wiedniu i Hanowerze. Za zabiegi (cztery do pięciu rocznie) płaciło Ministerstwo Zdrowia (ok. 246 tys. euro za jeden). Często otrzymywali płuca od polskich dawców, które ze specjalnych paszportem dla organu wędrowały za granicę.

    W Zabrzu operacje takie można wykonać sześć razy taniej. Śląskie Centrum Chorób Serca zostało wyznaczone jako wiodący ośrodek do przeprowadzenia transplantacji płuc. Koszt refundacji ustalono na ok. 150 tysięcy złotych. To nie tylko mniejszy koszt, ale i zwiększenie szansy dla chorych.





    Co na to prawo


    Co kieruje ludźmi sprzeciwiającymi się wykorzystywaniu ich narządów do przeszczepu po śmierci? Przede wszystkim przekonania religijne, szacunek wobec własnego ciała oraz poczucie żalu wobec własnej śmierci. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez prof. Marka Szczepańskiego, dyrektora Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego.

    Choć większość mieszkańców województwa śląskiego – 80 proc. badanych – zgodziłoby się, by po śmierci pobrano ich narządy do przeszczepu, to wciąż brakuje dawców, a rodziny zmarłych nie zgadzają się na pobranie serca, nerek czy wątroby. Na oddanie za życia własnego narządu do przeszczepu dla osoby z najbliższej rodziny zdecydowałoby się 60 proc. respondentów, dla przyjaciela 23 proc., a 10 proc. – dla zupełnie obcej osoby.

    Od 1995 roku obowiązuje w Polsce ustawa regulująca kwestie przeszczepiania tkanek i narządów pochodzących od dawców żywych (np. nerki, szpik kostny, część wątroby) i zmarłych. Pobieranie narządów od osób zmarłych oparto na koncepcji tzw. zgody domniemanej. Zakłada ona, że każdy człowiek ma prawo wyrazić za życia swój sprzeciw przeciwko pobieraniu narządów z ciała. Zasada taka obowiązuje w połowie krajów europejskich, choć np. w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z tzw. zgodą wyrażoną, a odpowiednia formułka wpisywana jest do dokumentu tożsamości. W USA w ramach zachęty rodzinom zmarłych płacono 300 dolarów tzw. „zadośćuczynienia bólu”; wtedy liczba pobrań narządów wzrosła.

    W Polsce, jeśli nie chcemy, by pobierano nasze organy po śmierci, należy zgłosić swój sprzeciw pisemnie do Centralnego Rejestru Sprzeciwów, lub jeśli jest się pacjentem szpitala, dołączyć taki sprzeciw do dokumentacji medycznej. Gdy tego nie uczynimy, każda osoba zmarła może być uważana za potencjalnego dawcę. Lekarze nie muszą informować o zamiarze pobrania narządów do przeszczepienia i, formalnie, nie muszą prosić rodziny o wyrażenie na to zgody. Zwykle jednak to robią. Ostatnie zdanie mają w tej kwestii właśnie najbliżsi zmarłego, którzy często nie zgadzają się na pobranie narządów.

    Krajowa Rada Transplantacyjna opracowała projekt nowelizacji ustawy o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów od osób żywych. Przepisy dotyczące transplantacji trzeba było dostosować do unijnych rozwiązań. Nie zmieniono jednak zapisów dotyczących pobierania narządów od zmarłych. Ponadto ustawa wprowadza krajowe rejestry żywych dawców narządów, dawców szpiku i krwi pępowinowej, przeszczepień oraz listę osób oczekujących na przeszczep. Na razie ustawa trafiła do międzyresortowych uzgodnień i społecznych konsultacji.

    Sonda

    Uczniowie jednej z katowickich szkół zażądali wprowadzenia mundurków.Czy sądzisz że to dobry pomysł?

    • Tak (68%)
    • Nie (29%)
    • Trudno powiedzieć (4%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.