Wybierz region

Wybierz miasto

    Śląskie ślady teczek

    Autor: Witold Pustułka, Marek Twaróg

    2005-02-11, Aktualizacja: 2005-02-10 21:06 źródło: Dziennik Zachodni

    Na tak zwanej liście Wildsteina jest kilkadziesiąt nazwisk zbieżnych z personaliami znanych śląskich polityków, naukowców, sportowców i artystów. Część osób odczuwa z tego powodu dyskomfort.

    Na tak zwanej liście Wildsteina jest kilkadziesiąt nazwisk zbieżnych z personaliami znanych śląskich polityków, naukowców, sportowców i artystów. Część osób odczuwa z tego powodu dyskomfort.

    Na tablicach ogłoszeń Śląskiej Akademii Medycznej i Uniwersytetu Śląskiego ktoś powiesił listę z podkreślonymi nazwiskami profesorów, którzy znajdują się w spisie Wildsteina. Mimo wyjaśnień i monitów, że lista zawiera wszystkie zasoby archiwalne Instytutu Pamięci Narodowej, w powszechnej świadomości wciąż funkcjonuje ona jako katalog agentów komunistycznych służb specjalnych.

    Lista zawiera prawie 250 tysięcy nazwisk. Znaleźliśmy aż 18 adresów internetowych, pod którymi jest dostępna. Spis Wildsteina ewoluuje z dnia na dzień. Manierą stało się, że ktoś dopisuje na niej kolejne nazwiska. Wyraźnie inną czcionką dopisani są na przykład Aleksander Kwaśniewski, jego żona Jolanta, a także były premier Leszek Miller.

    Takie same „psikusy” robi się jednak na dużo niższym poziomie – uczniowie dopisują na przykład personalia nauczycieli, do których mają żal czy pretensje o wpisywanie złych ocen. Taka sama sytuacja ma miejsce w zakładach pracy – w ten sam sposób na listę Wildsteina trafiają znienawidzeni kierownicy czy prezesi.

    Mówią ludzie, których nazwiska znalazły się liście:

  • Kazimierz Zarzycki, poseł SLD

    Z tego, co wiem na liście jest dwóch Kazimierzów Zarzyckich. Nie mam pojęcia, czy jednym z nich jestem właśnie ja. Wydaje mi się to jednak prawdopodobne. Przecież przez dwa dziesięciolecia byłem redaktorem naczelnym wielkich śląskich gazet, jak i Telewizji Katowice, dlatego służby musiały się mną interesować. Kilka razy zdarzyło mi się nawet odnieść wrażenie, że jestem obserwowany. Swego czasu walczyłem też z Katowickim Forum Partyjny Wsiewołoda Wołczewa, silnie powiązanym ze służbami specjalnymi. Byłbym wręcz więc zdziwiony, gdyby mojego nazwiska nie było na tej liście.

  • Marek Szczepański, profesor socjologii Uniwersytetu Śląskiego

    Moje nazwisko jest na liście, ale nie przywiązuje do tego najmniejszej wagi. Mam bowiem to szczęście, albo nieszczęście, że mam bardzo popularne personalia. Marek Szczepański to przecież także wiceminister gospodarki w rządzie Marka Belki, czy inny profesor, wybitny astronom. Poza tym przy moim nazwisku na liście Wildsteina jest jedno zero, co oznacza pracownika kadrowego SB. Ci, którzy mnie znają wiedzą przecież, że od lat związany jestem z nauką i nigdy nie miałem nic wspólnego ze służbami specjalnymi. Proces lustracji i wyjaśnienie mętnych spraw z przeszłości uważam za celowe i konieczne.

  • Andrzej Skowroński, lider Unii Wolności w woj. śląskim

    Na liście jest dwóch Andrzejów Skowrońskich, ale niestety – dla moich przeciwników – nie mam dobrej informacji. Żadnym z nich nie jestem ja. Kilka lat temu nazwisko Andrzeja Skowrońskiego znalazło się na liście najbogatszych tygodnika „Wprost”, a mój syn przybiegł uradowany, bo myślał, że chodzi o jego tatę. Tak samo jest z listą Wildsteina. W związku z tym nie mam jednak jakichś specjalnych problemów. Owszem, kilka osób zapytało mnie o to w żartach, ale na tym się skończyło. Gdy startowałem do Sejmu musiałem zresztą złożyć odpowiednie oświadczenie, że nie byłem tajnym ani świadomym współpracownikiem SB.

  • Piotr Duda, lider Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”

    Wiem, że osoba mające te same personalia, co ja, znalazła się na liście. Niektórzy nawet robią sobie ze mnie żarty. W moim przypadku nie ma jednak najmniejszych wątpliwości – gdy zostawałem szefem regionalnych struktur związku, musiałem przedstawić odpowiednie zaświadczenia nie tylko z polskiego IPN, ale także z niemieckiego Instytutu Gaucka, który gromadzi materiały archiwalne o agentach enerdowskiego Stasi.

  • Kazimierz Górski, prezydent Sosnowca

    Kazimierze Górscy są chyba rekordzistami tej listy, bo naliczyłem ich tam w sumie szesnastu. Z symboli wynika, że są wśród nich zarówno kadrowi oficerowie, jak tajni współpracownicy. Jestem przekonany, że wśród pokrzywdzonych na pewno znajduje się nazwisko słynnego polskiego trenera piłkarskiego. Przez całe lata pracował on za granicą, przez co na pewno był obiektem zainteresowania Służby Bezpieczeństwa. Ja na szczęście całe życie trzymałem się z daleka od służb.

  • Jan Czubak, przewodniczący Rady Miejskiej w Bytomiu

    Ludzi noszących moje imię i nazwisko jest na liście Wildsteina dwóch. Czy którymś z nich jestem ja? Nie sądzę, bo jestem po prostu za młody. W 1989 roku miałem 23 lata i Służba Bezpieczeństwa po prostu nie zdążyła się mną zainteresować.

  • Krzysztof Wójcik, prezydent Bytomia

    Czy musicie zajmować się takimi głupota-
    mi? Mam już dość słuchania i czytania o teczkach agentów.




    Co zawiera lista Wildsteina

    Po dwóch tygodniach od wyniesienia zasobów archiwalnych Instytutu Pamięci Narodowej wciąż nie ma precyzyjnej informacji na temat wartości materiałów, jakie ujawnił Bronisław Wildstein. Na pewno są w nich nazwiska pracowników aparatu bezpieczeństwa zatrudnionych od 1944 roku w centrali (Ministerstwie oraz Komitecie Bezpieczeństwa Publicznego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych) oraz w warszawskim Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa lub w Komendzie Wojewódzkiej MO.

    Druga kategoria to akta osób rozpracowywanych, jako kandydaci na tajnych współpracowników. W ten sposób na listę trafili m.in. profesorowie Jadwiga Staniszkis i Andrzej Paczkowski. Trzecia kategoria to personalia tajnych współpracowników.

    Teczki wyniesione przez Wildsteina na pewno więc nie zawierają nazwisk pracowników etatowych UB i SB z woj. śląskiego. Bardziej skomplikowana jest sprawa kandydatów i tajnych współpracowników. Generalnie lista zawiera nazwiska tych osób z woj. mazowieckiego oraz częściowo świętokrzyskiego, podlaskiego i pomorskiego. Najważniejszych agentów i tajnych współpracowników prowadziła jednak Warszawa. W ten sposób na liście mogli znaleźć się więc ludzie z naszego regionu.

    Lista współpracowników SB nigdy nie będzie jednak pełna. Jest publiczną tajemnicą, że w 1990 roku, kiedy komunistyczne służby specjalne oddawały bezpieczeństwo państwa w ręce UOP, część najcenniejszych informatorów, zwłaszcza ze sfer gospodarczych, została przejęta przez służby specjalne III RP. W zamian za to dostali oni gwarancje, że ich teczki z lat komunizmu nigdy nie zostaną ujawnione. Według szacunków, takich ludzi, w skali całego kraju, może być nawet 10 tysięcy.

    Wiem, ale nie powiem

    Rozmowa z Bronisławem Wildsteinem, dziennikarzem, który skopiowałlistę katalogową IPN-u

    Czy zdziwiło pana, że komisja IPN-u uznała, iż z pewnością miał pan pomocnika?

    Przyznam szczerze, że w ogóle się tym nie zajmuję. Uważam też, że kolegium IPN-u nie powinno się takimi rzeczami zajmować. To jest po prostu niepoważne. Przecież wszedłem w posiadanie legalnych zbiorów Instytutu. Wydaje się, że debata nad legalnością mojego działania jest absurdalną stratą czasu.

    Ale pytanie pozostaje: jak pan wszedł w posiadanie zbiorów. Pomagał ktoś panu czy nie?

    Nie. Ale nie będę mówił o żadnych szczegółach tej sprawy.

    A czy ktokolwiek ze specjalnej wewnętrznej komisji Instytutu Pamięci Narodowej, która badała sprawę, pytał pana o szczegóły?

    Nikt mnie nie pytał. Zresztą i tak bym niczego nie powiedział

    A gdy kopiował pan tę listę, wiedział pan dobrze, kto się na niej znajduje?

    Oczywiście. Od początku bardzo dobrze wiedziałem, jakie kategorie ludzi są na tej liście. Co więcej, głośno o tym mówiłem. Rewelacji „Trybuny” na temat nazwisk ludzi z WSI, chyba nawet nie powinienem komentować. Generalnie za absurdalne i śmieszne uważam próby podciągnięcia mojego działania pod czyn przestępczy. Przyglądam się temu spokojnie.

    I spokojnie przygląda się pan burzy, jaką pan wywołał? Powoli pana nazwisko staje się symbolem historycznej walki o lustrację.

    Uważam, że w gruncie rzeczy z efektów tej powszechnej debaty należy się cieszyć. Sprawa lustracji poszła do przodu. Co mnie zaskoczyło? Zdziwiłem się, że w aż tak ogromnej skali zostaną przekroczone standardy dziennikarskie – myślę tu np. o działaniach Gazety Wyborczej, która nazwała tę listę listą ubecką. Nie sądziłem, że rozpęta się tak ostra kampania antylustracyjna. Nie sądziłem wreszcie, że mnie wyleją z pracy. Myślę, że falę hipokryzji, którą teraz widzimy, można by opisać sławetnym zdaniem: „Ubrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni”. Z pewnością nie chcę przechodzić do historii jako ktoś, kto wyniósł jakąś listę. W życiu robiłem różne rzeczy, napisałem książki i nie zależy mi specjalne, żeby mnie utożsamiano z listą.
  • Sonda

    Uczniowie jednej z katowickich szkół zażądali wprowadzenia mundurków.Czy sądzisz że to dobry pomysł?

    • Tak (68%)
    • Nie (29%)
    • Trudno powiedzieć (4%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.