Wybierz region

Wybierz miasto

    Tragiczne wspomnienie

    Autor: Bogdan Prejs

    2005-02-18, Aktualizacja: 2005-02-18 14:41 źródło: Dziennik Zachodni

    Przed tygodniem prosiliśmy naszych Drogich Czytelników o podzielenie się swoimi wspomnieniami sprzed lat. Jako pierwszy napisał do nas pan Henryk Janota z Mikołowa.

    Przed tygodniem prosiliśmy naszych Drogich Czytelników o podzielenie się swoimi wspomnieniami sprzed lat. Jako pierwszy napisał do nas pan Henryk Janota z Mikołowa. Pamięta doskonale Marsz Śmierci, który przeszedł przez miasto w styczniu 1945 roku.


    – Byłem jego naocznym świadkiem – napisał. – W tym dniu szliśmy z ojcem i bratem do kościoła św. Wojciecha na mszę świętą na godzinę 6.

    Mieszkał wówczas w dzielnicy Reta III.

    – Kiedy byliśmy przy ulicy Gliwickiej, zobaczyliśmy tych wymarzniętych ludzi w pasiakach i drewnianych butach. Z boku szli esesmani z psami – relacjonuje.

    Na ulicy K. Miarki, przy wylocie z ul. Żwirki i Wigury, widział, jak więźniowie ciągnęli wózek ze zwłokami.

    – W tym miejscu wrzucali na wózek człowieka, którego wlokło pod pachy dwóch współwięźniów – opowiada. – A że byli słabi i nie potrafili go wrzucić na ten wózek, esesmani walili ich kolbami karabinu. Wtedy usłyszałem też strzał.

    Nieco dalej leżał zastrzelony więzień.

    – Jeszcze z niego parowało ciepło przy mrozie minus 17 stopni! – mówi wstrząśnięty, chociaż minęło już tyle lat. – Marsz ten szedł od Tychów przez rynek i dalej na Gliwice – dodaje.

    Był wtedy, jak opowiada, młodym chłopakiem, ale ten straszny widok pamięta do dzisiaj.

    – Później dowiedziałem się, że zwłoki z wózków zostały wrzucone do szachty na cegielni przy ul. Gliwickiej – mówi. – Na wiosnę pochowano je na skwerku obok cmentarza żydowskiego przy obecnej ulicy Konstytucji 3 Maja.

    O rzeczach, jakie działy się w KL Auschwitz, opowiadał mu ojciec, który jako maszynista woził tam transporty więźniów.

    – Według jego relacji pociąg był bardzo szybko rozładowywany. Po otwarciu wagonów do środka wchodził kapo z psem. Ludzie szybko wyskakiwali. Kto się wywrócił, zaraz był stratowany – opowiada.

    Po rozładunku transportu przy torach zostawało wiele zadeptanych ciał.

    – Kiedy maszyniści wyjeżdżali z obozu, esesman zawsze pytał, czy coś widzieli. Odpowiedź musiała być zawsze jedna – „nie”! – mówi Henryk Janota.

    Dodaje, że jego ojciec wolał po wojnie o tym wszystkim nie opowiadać, bo jako były powstaniec śląski oraz AK-owiec bał się represji komunistycznej bezpieki.

    Sonda

    Uczniowie jednej z katowickich szkół zażądali wprowadzenia mundurków.Czy sądzisz że to dobry pomysł?

    • Tak (68%)
    • Nie (29%)
    • Trudno powiedzieć (4%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.